Blog feministy - Paweł Długosz

Jest super, czyli dokąd zmierza papież Franciszek.

Patrzę, czytam, obserwuję i już sam nie wiem. Coraz częściej powtarzam sobie: " o święta naiwności", "a myśmy się spodziewali". Coraz częściej zauważam, że wykreowany w mediach obraz nie współgra mi z rzeczywistością. To coś jak źle podłożony dźwięk, nie zgadzający się na ekranie z ruchem ust mówiącego. Tym razem chodzi mi o osobę i działalność papieża Franciszka i o doniesienia o jakiejś rzekomo dokonującej się rewolucji w Kościele.

 

Przyznaję, że przyjąłem wybór kardynała Bergoglio z pewną nadzieją. Myślałem, że papież z innego kontynentu będzie bardziej rozumiał problemy współczesnego człowieka. Dziś już tak nie myślę. Rzeczywiście papież Franciszek od samego początku daje się poznać jako człowiek skromny, prosty i wykonujący różne sympatyczne gesty, wcześniej nie znane. Franciszek także od początku demonstracyjnie nie wprowadza się do pałacu apostolskiego, jeździ autobusem, płaci za pobyt w hotelu, podczas audiencji na Placu św. Piotra zabiera różne osoby do samochodu, nagrywa swoje przesłania na telefon, szybko nawiązuje kontakty, myje nogi muzułmańskiej kobiecie podczas liturgii Wielkiego Czwartku.  Ma także wiele celnych wypowiedzi. Nie oceniam tutaj intencji i szczerości papieża. Wszystko to, w przeciwieństwie do poprzedników, wydaje się bardzo naturalne. Sam byłem pod pewnym urokiem tych działań i od początku papież Franciszek miał u mnie spory kredyt zaufania. Tylko czy to wystarcza? Nie wiem, naprawdę nie wiem.

 

Czy przez ten rok Kościół Rzymskokatolicki stał się instytucją choć trochę bliższą człowiekowi? Mam wrażenie, że nie. Mam wrażenie, że w Polsce ten Kościół każdego dnia coraz bardziej oddala się od człowieka, jeśli jeszcze można zwiększyć ten dystans. Franciszek sporo mówi o rodzinie, tylko czy ten kościół rzeczywiście rodzinę wspiera. Nie mogę powiedzieć, że to widzę. Owszem, są marsze, kongresy, listy, festyny, to co widoczne. A człowiek? A to inna sprawa. Człowiek ma milczeć i słuchać.

 

Niedawno rozmawiałem, z pewną osobą dzieląc się swoimi wątpliwościami. Usłyszałem: "Zobacz ile Franciszek robi. Nawet już spożywa posiłki ze swoimi współpracownikami. W ten sposób pokazuje, że kościół jest wspólnotą". Tak sobie myślę, że ja też jem posiłki w różnym towarzystwie i nikt mnie nie uważa za wielkiego reformatora. Nie mieszkam także w żadnym pałacu.

 

Myślę, że dopiero wtedy będzie można powiedzieć o jakiejś odnowie w Kościele, jeśli zauważy się, że są w nim także ludzie świeccy i że mniej więcej połowa Kościoła to pozbawione głosu kobiety. Kościół niestety nie jest żadną wspólnotą. Władza zawsze należała i należy do wąskiego grona duchownych. Głos świeckich i głos kobiet nigdy się nie liczyły. Kościół rzymskokatolicki to wielka samotność. Jeśli ktoś chce być świadomym katolikiem, musi się zgodzić na tę samotność. Na to, że jego miejsce to najczęściej ławka w ciemnym kącie pod ostatnim filarem. Będą mu stawiane rozmaite, często drakońskie wymagania (jak zakaz antykoncepcji) i to przez ludzi, którzy w najmniejszym nawet stopniu nie chcą wejść z nim samym w relację. Gdy zaś takiego człowieka spotka coś naprawdę trudnego, wówczas zostanie opuszczony przez współwyznawców. Kościół ograniczy się do bycia głosem w trzeciej osobie i palcem do grożenia.

 

Odwiedzili  niedawno Franciszka polscy biskupi. I nic. Jest super. Otrzymali od niego pasterskie poklepanie po ramieniu i zapewnienie, że właściwie należy taką właśnie linię trzymać. Albo papież nie ma pojęcia o tym, co się w Polsce dzieje, albo jest mu tak wygodnie. Biskupi wcale nie ukrywają, że otrzymali w Rzymie pełne poparcie. W swoich mediach triumfują, że są jedno z papieżem. Bo i pewnie są. Maksymalnie daleko od człowieka, ale super blisko Rzymu.

 

Gangreny nie leczy się pudrem. Sympatyczne, medialne gesty nie mogą być ratunkiem na toczącą organizm chorobę. Franciszek uchodzi za papieża (powtarzam uchodzi), który miałby coś zmienić w Kościele, lecz bez dokonania zmian w doktrynie, czy innych przepisach. Tylko trwałe decyzje mogą wywrzeć rzeczywisty wpływ. Gesty pozostaną gestami. Na żadne jednak decyzje się nie zanosi. To sytuacja trochę jak z Polski lat 80-tych. Lansowano wówczas hasła o reformie i mówiono :"Partia ta sama, lecz nie taka sama". Gdy się okazywało, że zmiany nie nadchodzą, wówczas wymyślono inne hasło: "Partia wprawdzie taka sama, lecz już nie ta sama".  Efekt podobny.

 

Kościół rzymskokatolicki po roku obecności papieża Franciszka nawet nie próbuje zmierzać w stronę bycia wspólnotą ludzi, którzy wzajemnie się o siebie troszczą, znają swoje problemy i szukają wspólnego dobra. To niezmiennie jest stado milczących owiec nad którym władzę sprawuje wąskie grono "pasterzy" przysyłanych w teczce. W Ewangelii Chrystus mówi o tzw. Dobrym Pasterzu, który troszczy się o swoje owce, aż do oddania życia. Proszę wybaczyć, ale ja tej ewangelicznej troski w moim Kościele nie doświadczam. Przeciwnie, widzę obojętność. Niech sobie te milczące owieczki nawet poumierają, niech ostatecznie się wynoszą ze stada, giną i nie psują humoru, byle pasterz miał rację. Doktryna zawsze przed człowiekiem. Ja chyba nie mam już złudzeń, że będzie to pontyfikat zmian. Pytanie, czy Franciszek je ma, czy też nie miał ich nigdy i nawet o zmianach nie myślał. Ważne, że jest SUPER. Dziękuję za uwagę. Pozdrawiam