Blog feministy - Paweł Długosz

Koniec papieża Franciszka.

Nie, nie. Nie ma tak dobrze. Jorge Bergoglio znany obecnie szerzej pod pseudonimem „papież Franciszek”, mimo że osiągnął punkt moralnego kresu swojego autorytetu (o ile kiedykolwiek jakiś autorytet posiadał), z pewnością będzie nadal papieżem, a jego panowaniu długo nie będzie końca. Zresztą co by tu dały jakiekolwiek fasadowe gesty.  Ów moralny upadek dokonał się kilka dni temu. 4 lutego podczas cotygodniowej tzw. Audiencji środowej zwierzchnik Kościoła Rzymskokatolickiego dopuścił się wypowiedzi tak haniebnej, że aż kwestionującej jego urząd i posłannictwo. Podaję pełen cytat za jezuickim portalem Deon:

 

 „Dobry ojciec umie oczekiwać i umie przebaczać, z głębi serca. Oczywiście, umie również poprawiać ze stanowczością: nie jest słabym ojcem, giętkim, sentymentalnym. Ojciec, który umie poprawiać bez poniżania jest tym samym, który umie chronić bez oszczędzania się. Swego czasu usłyszałem - podczas pewnego spotkania małżeńskiego - ojca mówiącego: ‘Ja nieraz muszę trochę trzepnąć dzieci… ale nigdy w twarz aby ich nie poniżyć (zniechęcić, upodlić)’  … Ma poczucie godności…".

 

Oczywiście już pojawiły się głosy, że tłumaczenie było nieprecyzyjne. Że papież jak zwykle chciał co innego powiedzieć, a media opacznie to odczytały. Że trzeba szukać szerszego kontekstu itp. Niestety szambo się wylało. Jorge Bergoglio usankcjonował przemoc domową, w tym szczególnie przemoc wobec dzieci. Wypowiedź nie była przypadkowa. Ten papież nie ma żadnych przypadkowych wypowiedzi. Nad wszystkimi publicznymi wystąpieniami pracuje sztab PR-owców z Gregory Burkiem na czele (amerykański dziennikarz, członek Opus Dei, doradca ds. spraw strategii komunikacyjnej). To nie był lapsus. To było świadome, metodyczne działanie.  

 

Należy sobie zdać sprawę z rzeczywistych skutków tej skandalicznej wypowiedzi. Otóż od zawsze rodzice, zwłaszcza ojcowie roszczą sobie prawo do bicia dzieci i stosowania przemoc, jako rzekomej metody wychowawczej. Oczywiście nie wszyscy, nie zawsze.  Niestety w  kręgach bardziej tradycyjnych dla usprawiedliwienia przemocy używa się argumentów typu: „tyłek nie szklanka”, „klaps to nie przemoc”, „ja byłem bity, dostawałem w skórę, wyszło mi to na dobre, zatem sam biję”. Pokrętne tłumaczenie, ale za nim kryje się piekło dzieci i też piekło kobiet.

 

Na skutek wytężonej, wydawałoby się syzyfowej pracy wielu ludzi, doświadczamy w społeczeństwie pewnej przemiany obyczajowej. Oto dochodzi do tego, że przemocy domowej należy się wstydzić. Owszem jest ona obecna, ale w mniemaniu sprawców, nie powinno to wychodzić  poza mury mieszkania, poza ramy rodziny. Coraz częściej obserwuje się interwencje sąsiedzkie, czy też interwencje na widok bitego dziecka np. na ulicy. Z przemocą nie wolno się już tak bezkarnie obnosić, gdyż  z tego powodu mogą grozić sprawcy duże nieprzyjemności (zwłaszcza gdy w życie wejdzie konwencja antyprzemocowa). Owszem przemoc jest niejako wpisana w tradycję, jednak już nie jest to takie oczywiste.

 

Skutkiem papieskiej wypowiedzi jest to, że ludzie bijący dzieci poczuli się nagle usprawiedliwieni, nawet zachęceni i teraz biją dzieci twierdząc, że mają pozwolenie papieża. Większość ludzi należących do Kościoła Rzymskokatolickiego nie skupia się nad dylematami teologicznymi, nie sięga po encykliki, nie czytuje głosów polemicznych. Albo nie jest im to potrzebne, albo nie mają czasu, albo nie są w stanie się w nie wgłębić z powodu zawiłości tych przekazów. Nic nikomu nie chcę ujmować. Dla znakomitej większości znanych mi katolików ważne są takie właśnie zwykłe codzienne gesty papieża i duchownych, jakaś zwykła rozmowa, niedzielne kazanie, fragment z audiencji, raczej teksty łatwe, dowcipne niż skomplikowane. Jest więc moralnym obowiązkiem kogoś kto uważa się za głowę kościoła (to tak naprawdę uzurpacja tytułu) raczej budować współwyznawców, dodawać im otuchy, nadziei, zachęcać ich do dobra, dawać im dobry przykład poparty własnymi czynami i to wszystko ma się dokonywać na drodze prostych życiowych sytuacji i prostych słów w codzienności.

 

Tylko że papież nie ma prostego codziennego życia. Papież i podległe mu duchowieństwo w znaczącej większości są raczej oderwani od ludzkich problemów, zamiast te problemy z ludźmi dzielić. Niewyobrażalne jest by jakikolwiek przywódca duchowy pozwolił sobie na słowa zachęcające do przemocy. Owszem dokonuje się to w najbardziej fanatycznych kręgach (np. fundamentalizm islamski), gdzie przywódcy zatracili poczucie przyzwoitości i jakiekolwiek ludzkie odruchy. Powiedzą wtedy, że w imię ich wersji boga i własnych wartości wolno nawet zabijać i torturować. Ale to tak naprawdę margines. Przykładem duchowego przywódcy o autorytecie, który nie został nadany z urzędu jest np. XIV Dalaj Lama. Wystarczy, że gdzieś się pojawi, nie trzeba nawet rozumieć tego co mówi. Cała jego postawa pełna jest szacunku dla ludzi, empatii, nadziei i dobrej energii.

 

Znam wspaniałego człowieka- starokatolickiego biskupa Petera Hickmana, zwierzchnika Ekumenicznej Wspólnoty Katolickiej (ECC), męża i ojca dużej rodziny. Podczas swojej wizyty w Polsce przemawiał do nas przede wszystkim uśmiechem, serdecznością, gestami, nad którymi nie pracował sztab PR-owców. Miało się wrażenie, że biskup przyleciał zza oceanu tylko po to, aby mnie osobiście wysłuchać, pobyć ze mną. Miał bardzo dużo spotkań, a każdy mówi to samo. Biskup przyleciał dla niej i dla niego. O takim właśnie zwierzchnictwie mówi Biblia. O dodawaniu otuchy, nadziei i wspólnym niesieniu trudów dnia codziennego. Przemoc i poniżanie godności drugiego człowieka, zwłaszcza bezbronnego, nie może mieć miejsca w chrześcijaństwie. Jak zatem można uderzyć kogoś, nie poniżając jego godności? Jak w ogóle można zadać bezpieczny cios? Nic o tym nie wiem, aby przyszli katoliccy rodzice przechodzili jakieś skomplikowane szkolenia z anatomii, czy stosowali np. przyrządy do mierzenia siły mięśniowej, tak aby klaps był nieszkodliwy, a jeszcze przyniósł skutek wychowawczy. Niestety, ale taki niewinny klaps może nawet zabić lub spowodować skomplikowany uraz. Jak wytłumaczyć to, że najdrobniejsze słowo krytyki wobec papieża jest  niewyobrażalną obrazą do tego stopnia, że często wchodzi się na ścieżkę prawną.  Bicie drugiego człowieka problemu nie stanowi.

 

Gdyby wypowiedź rzeczywiście była lapsusem (cóż, każdemu się zdarza palnąć głupotę), a papież Franciszek chciałby cokolwiek naprawić, pokusiłby się o odwołanie tych słów i przeprosiny. Nic takiego nie miało jednak miejsca (i mieć nie będzie). Być może wkrótce funkcjonariusze Watykanu podadzą do wiadomości komunikat, że Jego Świątobliwości jest przykro, że został źle zrozumiany.

 

Gdy w Ewangelii czytamy słowa Jezusa Chrystusa widzimy, że przemawiał tak, aby nikt nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości co do Jego przesłania. Gdy stawał w obronie prześladowanych, uciśnionych, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet, nie było możliwości, aby jego słowa i gesty odczytać w jakiś inny sposób. Co więcej ryzykował wszystko, także życie.

 

Przyznaję, że w dniu wyboru Jorge Bergoglio na papieża poczułem (bardziej chciałem poczuć) jakiś powiew nadziei. Zaczął całkiem nieźle. Proste gesty, czarne buty, unikanie przesadnej pompy, wydawało się, że otwarcie na zwykłych ludzi, no i papież z rejonu, z którego nigdy nie było zwierzchnika Kościoła. Ja i wiele innych osób poczuliśmy, że może to jakaś nadzieja na choćby minimalne zmiany, na Kościół bardziej ludzki i przez to ewangeliczny. To zaufanie stopniowo topniało, aż do minionej środy. Swoją haniebną wypowiedzią popierającą przemoc domową i jej sprawców papież przegrał wszystko. Zawiódł pokładane w nim zaufanie, pokazał że nie jest w stanie zapanować nad podległą sobie instytucją, nie zrobił nic aby być choć trochę bliżej ludzi niż jego poprzednicy. Jorge Bergoglio wypowie jeszcze wiele słów, wystosuje wiele dokumentów. Nie będą one jednak miały już żadnego znaczenia. Papież już zanegował sam siebie. Ewangelia mówi przede wszystkim o miłości bliźniego i szacunku do tych najmniejszych, najbardziej bezbronnych, uciskanych, prześladowanych, wykluczonych. To jak widać nie są wartości, którymi Watykan i jego agendy choć przez 5 minut chcieliby się zająć. Podnoszenie ręki na drugiego człowieka jest moralną klęską, a popieranie przemocy domowej jest współudziałem. Nie żegnam cię kardynale Bergoglio. Nie zasługujesz na to. Żegnam swoje nadzieje i swoje wyobrażenia.