Blog feministy - Paweł Długosz

Nie wolno grać losem osób doświadczających przemocy !!!

Chyba zbyt szybko się cieszyliśmy. Chyba na chwilę sam zapomniałem w jakim kraju żyjemy. A żyjemy w kraju, w którym kobiety nie otrzymały nigdy nic, czego by sobie same nie wywalczyły. Radość z głosowania w Sejmie nad Konwencją antyprzemocową wlała nową nadzieję i na chwilę pozwoliła pomyśleć, że może teraz już będzie lepiej. Nie tak szybko. Przed kobietami i dziećmi doświadczającymi przemocy pojawiają się kolejne bariery.

 

Tą barierą wydaje się być prezydent Bronisław Komorowski. Teraz już tylko od jego podpisu zależy los Konwencji, a co za tym idzie los polskich kobiet i zdecydowane działania przeciwdziałające przemocy.  Prezydent jak sam mówi, słuchając swych doradców i podszeptów m.in. profesora Zolla, ma wątpliwości. Sprytne słowo : ”niekonstytucyjność”. W zasadzie nikt nie wie o co chodzi, a wszystko można pod to podciągnąć. Nikt nie udowodnił, że Konwencja jest niezgodna z polską konstytucją. Przecież Prezydent nie może powiedzieć, że dobrze jest jak jest, że odpowiada mu ład społeczny, w którym przemoc domowa jest indywidualną sprawą bitych i bijących. To byłoby bardzo wygodne, ale niepolityczne. Kłóciło by się z platformiarskim PR-em. Trzeba przecież zadbać o głosy konserwatywnego elektoratu oraz poparcie biskupów. Nie będziemy klękać przed księdzem, zażartował kiedyś były premier Donald Tusk. Nie będziemy, bo już leżymy jak wycieraczka dla biskupich butów.

 

W tym miejscu warto przypomnieć parę faktów. Platforma Obywatelska (dość jednogłośna w ostatnim głosowaniu) pokazuje sprawę Konwencji jako swoje osobiste zwycięstwo. Kreuje ludzkie oblicze swojej partii.  A jak było do tej pory? Konwencja przeleżała w pracach rządu 573 dni. W tym czasie ratyfikowały ją Turcja, ultrakatolicka Malta, Albania i wiele innych państw. Nie było w zasadzie żadnych racjonalnych powodów, by ten dokument tak długo czekał na podpis premiera. Owszem, powody wynajdywano i to takie, które stawiają w wątpliwość kompetencje polityków PO. Jednym z nich było między EURO 2012. To tak jakby widzieć na ulicy człowieka pobitego, lub takiego który uległ ciężkiemu wypadkowi i powiedzieć: „Teraz się nie mogę tym zająć, bo za chwilę w TV zaczyna się mecz. Jak obejrzę to może wezwę pogotowie”. Do tego sprowadzić można logikę premiera Donalda Tuska. Napluł on tą decyzją polskim kobietom doświadczającym przemocy prosto w twarz.

 

Reszta tzw. „procedowania” to jakiś dziwny spór premiera z ministrem Jarosławem Gowinem. Kolejny blef. To premier Donald Tusk uczynił ministrem sprawiedliwości człowieka, który nie jest prawnikiem. To premier przyznał ministrowi Gowinowi najważniejszy głos w sprawie konwencji. Nie sposób też było się przeciwstawić episkopatowi. Nie wierzę, że gdyby premier faktycznie chciał tej ratyfikacji, to cała sprawa nie mogłaby się odbyć w kilka tygodni. Jeżeli premier Tusk chciał podnieść wiek emerytalny, zrobił to ekspresowo. Gdy chciał podpisać umowy ACTA, okłamując cały naród, to przeszkodziły mu tylko masowe demonstracje na granicy zamieszek. Przecież premier mógł w każdej chwili odwołać ministra Gowina za niekompetencję. Ale po co? Premier reagował zawsze tylko tam, gdzie widział swój własny interes oraz interes swojej partii. Jak robiło się zbyt głośno wówczas przychodziła rzekoma refleksja. A przemoc domowa nie jest głośna. Słyszą ją co najwyżej najbliżsi sąsiedzi. To żaden interes dla partii rządzącej. Żaden poważny elektorat. W końcu po, przypomnę 573 dniach jest podpis i jednogłośna decyzja. I to co powinno być największym wstydem, czyli zupełnie niepotrzebna obojętność wobec ofiar przemocy, stało się jednym z największych wizerunkowych sukcesów. W międzyczasie premier Tusk przeniósł się na lepiej płatną posadę, a przemoc dalej sobie w naszym kraju gdzieś tam jest. Nikt nie widzi, nikt nie słyszy, są ważniejsze problemy.

 

W końcu głosowanie w Sejmie po kolejnych długich bojach. Wydawało by się, że państwo polskie ma szansę na większe ucywilizowanie się. Niestety wątpliwości dopadły prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jeżeli Prezydent kraju, który jest członkiem Unii Europejskiej ma wątpliwości, czy wolno bezkarnie bić kobiety i dzieci, czy gwałt powinien być ścigany z urzędu, czy powinny istnieć specjalne formy wsparcia dla ofiar przemocy, to taki Prezydent chyba pomylił się z wyborem miejsca pracy. Duże lepsze dla naszego kraju byłoby pochylenie się prezydenta nad dylematami natury językowej. W tym jednak głowa państwa jest bezkompromisowa. Reforma pisowni ma nieograniczony zakres. Gdy jednak trzeba by się być może narazić, episkopatowi już wątpliwości są większe. Idą wybory, a biskupi są jak Wielki Brat. Widzą, słyszą i czuwają.  

 

Pojawiają się już dość niebezpieczne propozycje. Propozycje jakiejś „żółtej kartki” dla Prezydenta. Jeżeli Prezydent Konwencji nie podpisze, nie będziemy na niego głosować w wyborach. A kto powiedział, że ten właśnie Prezydent zasłużył na reelekcję? Zasłynął do tej pory jako patron sejmowej zamrażarki. Osobiście przetrzymywał ustawę o parytecie i doprowadził do okrojenia jej formy do idei kwoty (dobre chwilowo i to). Próbował błyszczeć sarmackim humorem i talentem poetyckim. Na błyskach się skończyło.

 

Ja osobiście z całą pewnością nie zagłosuję w wyborach na Bronisława Komorowskiego. Nie zagłosuję na nikogo z Platformy Obywatelskiej. Sprawa życia i zdrowia bitych  kobiet i dzieci to nie jest mecz, żeby wyciągać żółte kartki. Nawiasem mówiąc ekipa rządząca ma u mnie od dawna dożywotnią kartkę czerwoną, więc skończyło mi się pole manewru. Nie wolno grać losem ofiar przemocy. Kto nie sprzeciwia się przemocy we wszelki dostępny sobie sposób, jest za nią współodpowiedzialny. Niezależnie, czy jest to papież, premier, czy prezydent, czy sąsiad.  Dziękuję za uwagę i życzę dużo rozwagi przy urnach.